apl. adw. Agnieszka Paluch: Studia prawnicze ukończone w 1957 r. na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Czy po ukończeniu studiów od razu rozpoczął Pan aplikację adwokacką?
adw. Tadeusz Smykowski: Nie, ponieważ po wypadkach w Poznaniu w 1956 r. był to bardzo burzliwy okres. Panował kryzys gospodarczy. Dla prawników w ogóle nie było etatów ani w sądach ani w prokuraturach. Rozpoczynaliśmy swoje kariery od wykonywania różnych zawodów. Ja pierwsze pracowałem w Wojewódzkiej Radzie w Poznaniu w Wydziale Finansowym. Wraz z koleżanką opracowywałem budżet województwa na rok 1958. Tak mnie to zniechęciło i znudziło do pracy w administracji, że zacząłem szukać innej pracy.


Jak potoczyły się dalsze pańskie losy? Czy koledzy ze studiów również zaczynali od wykonywania innych zawodów, niekoniecznie stricte prawniczych?
Kilku kolegów bezpośrednio po studiach zatrudniło się w Wojewódzkiej Komendzie Milicji w Poznaniu i to od nich dowiedziałem sie, że w Dziale Dochodzeniowym Komendy Wojewódzkiej Milicji jest etat w referacie wizytacyjno-szkoleniowym. Zainteresowało mnie to, więc poszedłem do kadr i dowiedziałem się na czym miałaby polegać moja praca. Wydział ten zajmował się kontrolą komend powiatowych Milicji i szkoleniem wydziałów dochodzeniowych w komendach. Ponieważ był to okres „błędów i wypaczeń”, kiedy nadużywano władzy, były problemy ze stosowaniem prawa wśród milicjantów. Organy tej instytucji chciały usystematyzować wiedzę na temat swoich praw. W związku z tym rozpocząłem tam pracę. W poniedziałki zawsze był dzień szkoleń, a więc w każdy poniedziałek w innej komendzie powiatowej województwa poznańskiego przeprowadzałem wśród funkcjonariuszy wykłady o postępowaniu dochodzeniowym.


Jakiego zakresu tematycznego dotyczyły prowadzone przez mecenasa szkolenia? Praca dawała satysfakcję?
Mówiłem o tym jak się prowadzi dochodzenie, jak powinny być formułowane zarzuty, a przede wszystkim szkoliłem z o ogólnych zasadach prawa karnego. Tak byłem zadowolony z tej pracy. Niebawem okazało się jednak, że do sądów i prokuratur zaczynają przyjmować prawników. W związku z tym zgłosiłem się do Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu i zostałem przyjęty na aplikację sądową, którą ukończyłem egzaminem sędziowskim z bardzo pozytywnym wynikiem, po czym zostałem asesorem sądowym.


Gdzie pracował pan po zdanym egzaminie sędziowskim?
Przez pierwszy miesiąc po zdanym egzaminie pracowałem w Wydziale Rewizyjnym Karnym (obecnie odwoławczy). Następnie zostałem skierowany do Sądu Powiatowego w Kole do Wydziału Cywilnego i tam przez ok rok pracowałem, a był to Sąd, który w województwie poznańskim miał największe zaległości ponieważ sięgały one 3 lat. Wziąłem się więc ostro do roboty. Sprawy były trudne, głównie posesoryjne i windykacyjne. Co ciekawe w Kole w zakresie spadków obowiązywał wówczas Kodeks Napoleona, także musiałem się kształcić jeszcze i w tym kierunku. W Poznaniu pracowałem na przepisach kodeksu niemieckiego, który do 1946 r. obowiązywał na terenach byłego zaboru pruskiego. Następnie po około roku pracy w Kole, gdzie musiałem dojeżdżać 120 km postanowiłem się zwolnić z tego Sądu. Prezes Franciszek Wróblewski przeniósł mnie do Śremu, gdzie mi obiecano, że zostanę tam Prezesem, ponieważ Prezesem Sądu w Śremie był człowiek bez wykształcenia prawniczego, gdyż wówczas była taka rzeczywistość, iż sędziami mogły zostać również osoby nie będące prawnikami. Jednak sąd jako miejsce pracy przestał mi się już podobać mimo tego, iż w sądzie dobrze się czułem, ale warunki finansowe były bardzo słabe, a chciałem założyć rodzinę. Zacząłem myśleć o adwokaturze no i po pewnym czasie, z oporami udało mi się zostać pierwsze aplikantem adwokackim a później adwokatem.


Na czym polegały trudności, z którymi musiał się Pan Mecenas zmierzyć?
Trudności polegały na tym, że wniosek o nominację sędziowską znajdował się już w Radzie Państwa, a nie chciano go cofnąć. Prezes namawiał mnie, żebym wstrzymał się ze swoimi planami aż do czasu uzyskania nominacji i dopiero wówczas się zwolnił, ale wiedziałem, że jak otrzymam nominację to będę chciał co najmniej 3 lata pełnić funkcję sędziego, a ja już poważnie myślałem wtedy o Adwokaturze. Zwolniłem się z Sądu. Zostałem wpisany na listę aplikantów adwokackich w Poznaniu, co było osiągnięciem niezmiernie trudnym w tamtych czasach. W 30 dniu, przewidzianym do sprzeciwu Ministra Sprawiedliwości od wpisu na listę aplikantów adwokackich, otrzymałem telegraficzny sprzeciw. Fakt ten był uzasadniony tym, iż byłem orzekającym w tym okręgu i, że moja żona była Prokuratorem w Prokuraturze w Lesznie.


W jaki sposób Pan Mecenas poradził sobie z tymi trudnościami?
Uznałem, że w tej sytuacji nie ma co się upierać przy odbywaniu aplikacji w Poznaniu i przyjechałem do Zielonej Góry, gdzie bez problemu zostałem przyjęty do grona aplikantów. Wówczas było tylko 3 aplikantów w całym województwie. Szkolenie odbywało się w Zielonej Górze, ale egzamin trzeba było zdać w innym województwie. Każde z naszej trójki zdawało egzamin w różnych Radach Adwokackich, ponieważ w różnych terminach rozpoczynaliśmy aplikację. Koleżanka zdawała w Warszawie, kolega we Wrocławiu a ja w Poznaniu. Po zdanym egzaminie zostałem wpisany na listę adwokatów i tak od 2.11.1963 r. jestem w Izbie Adwokackiej w Zielonej Górze początkowo jako aplikant (od 1963 r.), a później jako adwokat.

Jak długo trwała aplikacja adwokacka w czasach, gdy Pan Mecenas był aplikantem?
Aplikacja adwokacka była dwuletnia i była odbywana dopiero po ukończeniu obowiązkowej aplikacji sądowej. Wówczas nie można było zostać aplikantem adwokackim bez uprzedniego odbycia aplikacji sądowej lub prokuratorskiej.

Przeczytaj także:

 

Czemu zawód adwokata?
Zawód adwokata podoba mi się, ponieważ Adwokatura jest niezbędna dla prawidłowego wymiaru sprawiedliwości i uważam, że bez prawidłowo pracujących adwokatów nie ma wymiaru sprawiedliwości w ogóle. Zawód adwokata – jak ja to zawsze mówię – jest to jeden z najstarszych zawodów świata. Nawet jak w dawnych czasach były procesy przed sądami kapłańskimi, gdyż to kapłani sprawowali wówczas wymiar sprawiedliwości, to zawsze jeden z tych kapłanów był wyznaczony do pełnienia funkcji rzecznika oskarżonego czy obwinionego. Rolę i znaczenie Adwokatury polskiej, a także funkcję obrońców i pełnomocników określono już w 10 Statucie Wiślickim. Na wagę i znaczenie Adwokatury wskazuje fakt, iż Statutów Wiślickich było ponad 100, a już w 10 była mowa o Adwokaturze. Kolejnym etapem mającym na celu regulację kwestii dotyczących pełnomocników były Przywileje Nieszawskie, w których to nadano uprawnienia do występowania przed sądem wykwalifikowanym prawnikom i sędzia nie mógł ich już tego prawa pozbawić. Do tego czasu sędzia mógł nie dopuścić osoby do występowania w roli pełnomocnika. Regulacje prawne stawały się coraz bardziej szczegółowe i zwykły obywatel nie mający kontaktu z prawem potrzebował pomocy adwokata. Długosz pisze, że już Bolesław Chrobry po zakończeniu podbojów na własny koszt ustanawiał obrońców i pełnomocników dla wdów i sierot po swoich wojownikach, którzy zginęli podczas wypraw w celu ochrony majątków przed krewnymi i sąsiadami, którzy chcieli je zagarnąć.


Pańskim zdaniem zawód adwokata jest trudny czy łatwy?
Osobiście uważam, iż jest to zawód trudny. Trudność tego zawodu polega na tym, że nawet jak się skończy już urzędowanie w kancelarii to nie ma się „spokojnej głowy”, bo jak mówił znany adwokat warszawski: „adwokat żyje grzechami swoich klientów” i to bardzo oddaje sedno rzeczy, gdyż ja nie mogę się oderwać od tego co robiłem w ciągu dnia. Często myślę czy można było zrobić coś lepiej, coś lepiej powiedzieć, albo zastanawiam się co w dniu jutrzejszym, w określonej sprawie można będzie zrobić, więc to nie jest tak, że o 17 czy 18 kończy się pracę nad sprawami klientów, gdyż „głowa nadal jest nimi zajęta”.


Jakimi zasadami kierował się Pan, aby osiągnąć sukces zawodowy?
Jeżeli aplikant chce być dobrym adwokatem, to oczywiście podstawą jest znajomość przepisów, znajomość materiału na którym się pracuje – akt. Zdarza się również tak, że ktoś jest dobrym prawnikiem a nie jest dobrym adwokatem i nie radzi sobie w tym zawodzie. Przykładem tego może być bardzo znany i poważany w latach 50 i 60 w Zielonej Górze sędzia, który był wiceprezesem sądu. Był bardzo mądrym prawnikiem. W pewnym momencie zdecydował się jednak zwolnić z sądu i przejść do Adwokatury. Po roku czasu zrezygnował z Adwokatury, gdyż nie dawał sobie rady jako adwokat i ponownie wrócił do sądu wojewódzkiego, znowu był przewodniczącym i został przywrócony do poprzednio zajmowanego stanowiska tylko ze względu na to, że był naprawdę bardzo dobrym prawnikiem. Była to znacząca osobowość o niebywałej inteligencji i wiedzy z zakresu prawa. Na ogół jest bowiem tak, że jak ktoś odchodzi z danej instytucji to ponownie się go przyjmuje niechętnie. Osobiście miałem przyjemność występować na rozprawie prowadzonej przez tego sędziego i przyznam, że gdy on uzasadniał wyrok to wychodziło się z przekonaniem, iż inaczej w danej sprawie nie można było postąpić. Był to wyjątkowo uczciwy i solidny człowiek.


Jakim zakresem spraw zajmował się Mecenas w początkach swojej zawodowej kariery? Czy od razu były to sprawy z zakresu prawa karnego, w których obecnie się Pan specjalizuje?
Jak przyszedłem na ziemie zachodnie to okazało się, że prawa rzeczowego prawie w ogóle nie było, gdyż ludność tutejsza nie kłóciła się o ziemię, ponieważ uważano, że są to ziemie przynależne do Polski tylko przejściowo, na krótki okres czasu i nie ma potrzeby inwestowania, więc się nie kłócono o odoraną ziemie czy też zabrany budynek. Z zakresu spraw cywilnych toczyły się przede wszystkim „mankówki”


Na czym te sprawy polegały?
W momencie, gdy wszystkie działy związane z handlem zostały upaństwowione zaczęły funkcjonować tzw. MHZ Miejskie Przedsiębiorstwa Handlowe, gdzie pracownicy nie zawsze byli uczciwi i remanenty wykazywały często niedobory i określono je mianem „manka” oczywiście odbywały się sprawy rozwodowe, o ustalenie ojcostwa, sprawy spadkowe. Z punktu widzenia kancelarii zawsze jednak zajmowałem się przede wszystkim sprawami karnymi i dlatego też zostałem kranistą. Tym bardziej, że miałem okazję pracować z bardzo dobrym patronem Alfredem Morawskim, który był doskonałym kranistą. Wyjechał on jednak z Polski w 1968 r.


Czemu został Pan adwokatem?
Główną przyczyną wyboru tego zawodu jest dla mnie samodzielność jaką mi on gwarantuje.

Przeczytaj także:


Jak kiedyś wyglądało szkolenie aplikantów adwokackich?
Było nas troje aplikantów, więc szkolenie odbywało się inaczej niż współcześnie. Oczywiście też mieliśmy ustalony jeden dzień w tygodniu, w którym odbywały się zajęcia. Z reguły zaczynały się one o godzinie 14.00 i trwały od 4 – 5 godzin. Zajęcia prowadzili głównie adwokaci, ale również sędziowie. Nie było przejściowych egzaminów tylko egzaminy końcowe organizowane przez Okręgowe Rady Adwokackie. Minister Sprawiedliwości miał prawo delegować do komisji swojego przedstawiciela, którym z reguły był prezes miejscowego sądu wojewódzkiego. (W latach 50 zlikwidowano sądy okręgowe, apelacyjne i grodzkie był tylko sąd powiatowy i wojewódzki i sąd najwyższy).


Czy w czasie odbywania przez Pana aplikacji adwokackiej uczono wiedzy teoretycznej czy również umiejętności praktycznych?
Nie, nie uczono nigdy wiedzy teoretycznej, gdyż zarówno w moich czasach jak i obecnie aplikacja adwokacka ma na celu naukę sensu stricte pełnienia zawodu a nie powtarzaniem teorii, której powinno się nauczyć podczas studiów. Na aplikacji rozwiązywaliśmy kazusy. Prowadzący szkolenie podawał nam stan faktyczny i trzeba było się z nim rozprawiać i taka metoda nauki uczyła myślenia, a także kojarzenia przepisów. Adwokat nie może znać tylko jednego przepisu, tylko musi potrafić je ze sobą wiązać, gdyż prawo jest w pewien sposób ze sobą powiązane.


Pisał Pan na zajęciach pisma? Były zadawane prace domowe?
Prace domowe były zadawane. Pamiętam, iż jeden z adwokatów prowadzących zajęcia dyktował nam stan faktyczny spraw, które przyjął albo dawał nam odpisy akt i kazał napisać rewizję (obecnie apelację) a następnie jeżeli uznał, że któreś z tych pism spełniało odpowiednie kryteria – uznał je za dobre – to podpisywał i wysyłał sporządzone przez nas pismo. Oczywiście nie miało to miejsca w początkach trwania aplikacji.


Jak w czasach, gdy Pan Mecenas był aplikantem adwokackim wyglądała praca, którą Pan wykonywał na rzecz patrona?
Na aplikacji u mojego patrona pisałem od 1 do 2 apelacji, albo 1 do 2 pozwów tygodniowo. Przyjeżdżałem z rozprawy, dostawałem akta sprawy i musiałem o 20.00 przynieść napisane pismo. Patron mówił: „jutro jest termin do wysłania, więc dzisiaj pismo musi być gotowe”. Opłaciło mi się to, gdyż po zdanym egzaminie w bardzo krótkim czasie miałem bardzo dobrą kancelarię w zespole nr 1.


Jak wielu było adwokatów na terenach Zielonej Góry w czasie, gdy Pan skończył odbywanie aplikacji adwokackiej?
W Zielonej Górze było wówczas 14 lub 16 adwokatów, a w całym województwie ok. 60 jest to stan na koniec lat 60. W powiatach z reguły było 1 lub 2 adwokatów nie licząc Gorzowa Wielkopolskiego gdzie zawsze było 8 – 10 adwokatów.


A obecnie ilu adwokatów posiada Izba Zielonogórska?
Obecnie jest 304 adwokatów wykonujących zawód. Jest to oczywiście olbrzymia różnica.


W czasach, gdy odbywał Pan aplikację adwokacką zmieniał się porządek prawny. Czy zmiany te był gwałtowne?
Ówcześnie prawo nie zmieniało się w tak szybkim tempie jak obecnie. W dzisiejszych czasach zmian jest zbyt wiele, w krótkich odstępach czasu i nawet sami prawnicy za nimi nie nadążają.


Proszę mi powiedzieć, co daje Panu siłę do wykonywania tak trudnego zawodu przez tyle lat, gdyż jest Pan jednym z najstarszych adwokatów czynnych zawodowo?
W tej chwili jestem – aż przykro się przyznać – najstarszym adwokatem wykonującym zawód w Zielonej Górze.


Myślę, że to jest właśnie powód do dumy. Przez tyle lat nie znudził się Panu zawód adwokata, a po za tym jest Pan znany i posiada tak wielu klientów i nadal wykonuje zawód. Co sprawia, że ma Pan siłę do dalszej pracy?
Myślę, że trzeba mieć dużo entuzjazmu, żeby wykonywać ten zawód, który jest stresujący, gdyż nie zawsze na rozprawach przebiega wszystko zgodnie z przepisami i z zasadami, które wynikają z procedury, często „bardzo iskrzy”. Ja nie jestem potulnym obrońcą, ale nie przekraczałem nigdy pewnych granic. Dlatego też nie prowadzono przeciwko mnie nigdy żadnej sprawy dyscyplinarnej z powodu niewłaściwego czy zbyt drastycznego zachowania na rozprawie. Ostro występowałem tylko wówczas, gdy sędzia zachowywał się niewłaściwie albo był nieobiektywny, żądałem wówczas wpisania tych faktów do protokołu.

Przeczytaj także:


Pełnił Pan Mecenas wiele funkcji w organach Okręgowej Rady Adwokackiej. Jakie stanowiska Pan zajmował?
Byłem w organach rady członkiem a potem przewodniczącym komisji rewizyjnej prze 2 kadencje. Pełniłem różne funkcje poczynając od rzecznika dyscyplinarnego, prezesa sądu dyscyplinarnego przez 3 kadencje, zajmowałem stanowisko członka komisji rewizyjnej przy Naczelnej Radzie Adwokackiej przez 2 kadencje. Pełniłem również funkcje dziekanem okręgowej rady adwokackiej.


Jak Pan wspomniał, za czasów odbywania przez Pana aplikacji adwokackiej było bardzo mało aplikantów. Co sądzi Pan na temat obecnej ilości aplikantów adwokackich?
Uważam, że jest ich zbyt wielu. Współcześnie to jest „masówka” i jeżeli Minister Sprawiedliwości nie zrobi tego co zrobił w 1938 r. (ówczesny Minister Sprawiedliwości zamkną listę wpisów na aplikację adwokacką, a także listę wpisów na listę adwokatów) to cały obecny system może „się zawalić”.


Jakie dałby Pan Mecenas rady adwokatom i aplikantom adwokackim? Jaki jest przepis na to, żeby wykonywać ten zawód tak długo jak Pan i nie nudzić się pracą, nie zniechęcać się do niej, nie czuć się zmęczonym?
Przede wszystkim podstawą jest to co już powiedziałem.


Ma Pan zapewne na myśli dobrą znajomość przepisów i czytanie akt.
Tak, oczywiście i dzięki dzisiejszemu rozwojowi techniki możliwe jest fotografowanie i kopiowanie akt co jest znaczącym ułatwieniem. A w latach 60. musieliśmy prosić sekretarki sądowe o ich odpłatne przepisywanie.

Przeczytaj także:


Ma Pan rację, znajomość przepisów i akt jest bardzo ważna, ale proszę mi powiedzieć co daje Panu siłę do pracy? Jakie zasady Pan stosuje, gdyż uważam, iż osiągną Pan Mecenas tak wielki zawodowy sukces a Pana metody pracy są bardzo przydatne i skuteczne?
Trzeba być optymistą. Robić zawsze wszystko maksymalnie do oporu i dokładnie, nigdy nie narzekać, zawsze wierzyć, że się uda. Optymizm naprawdę bardzo pomaga.


Wskazane przez Pana zasady dają gwarancję sukcesu?
Oczywiście, gdyż samo wywieszenie tabliczki nic nie da, jeżeli się człowiek nie będzie starał i wykonywał solidnie zawodu, gdyż przez to może się nie przebić przez wiele lat a to spowoduje zniechęcenie. Jeżeli natomiast będzie solidny, nie będzie klientom obiecywał sukcesów na wyrost bo tego nie można robić, bo później klienci mają pretensje do adwokata. Nigdy adwokat nie powinien obiecywać i zapewniać, iż nastąpi określony skutek, ponieważ to nie on wydaje wyrok tylko sądy.
Wywiad przeprowadziła Agnieszka Paluch